sobota, 29 grudnia 2018

TORBIEL KRWOTOCZNA JAJNIKA - moja historia

Hej hej!
Pamiętacie post, w którym omawiałam Wam co się działo z moim organizmem pod wpływem stresu? W pewnym momencie pisałam Wam o moich około miesiączkowych objawach i o tym, że lekarka dla pewności wysłała mnie na USG, ale uspokajając, że nie powinno w nim wyjść nic niepokojącego, ponieważ ona w badaniu nic nie czuje. Jeśli nie znacie tego posta lub chcecie sobie przypomnieć, to link macie tutaj. Na to badanie (USG) miałam wybrać się zaraz po miesiączce, żeby obraz był lepszy. Niestety wypadało to w okresie przedświątecznym, więc stwierdziłam, że poczekam do następnego miesiąca. Niestety, ale sytuacja zmusiła mnie do dwóch badań USG, co drugi dzień, które pokazały dwie zupełnie inne rzeczy. 



Wszystko zaczęło się od czwartku, w zeszłym tygodniu. Sytuację opisywałam tutaj, więc nie chcę ponownie o tym pisać i dokładać Wam treści do czytania. Ale w skrócie wyglądało to tak, że w czwartek zaczął bardzo boleć mnie brzuch po lewej stronie, w okolicach nerki. Po dotarciu na przystanek w mieście, gdzie chodzę do szkoły, zaczęłam wymiotować. Wróciłam do domu, pojechałam do lekarza rodzinnego, który stwierdził grypę żołądkową, ale na ból dał mi zastrzyk  z No Spy. Następnego dnia było to samo, ale tym razem trafiłam na SOR. Tam lekarz tylko mnie ,,po dotykał'', nie zrobił żadnych dokładniejszych badań, stwierdził zastój treści jelitowej i przepisał Laktulozę oraz po moich prośbach zlecił pielęgniarce zrobienie mi zastrzyku z No Spy. Teraz przejdźmy do właściwej historii. 

Przez kolejne trzy dni miałam spokój. We wtorek znowu zaczęłam zwijać się z bólu i wymiotować. Tata ponownie zawiózł mnie na SOR, ale tym razem lekarz rodzinny, do którego najpierw trafiłam, skierował mnie na dalszą konsultację. Trafiłam na młodą lekarkę, która po wysłuchaniu historii stwierdziła kolkę nerkową. Zleciła morfologię, badania moczu, podpięła pod kroplówkę, a później zrobiła USG. Na tym ostatnim badaniu wyszły złogi w lewej nerce, czyli piasek lub kamica. Ona stwierdziła, że to nie jest typowy kamień. Z lekami przeciwbólowymi i antybiotykiem puściła mnie do domu. 

Następnego dnia znowu dopadły mnie wymioty. Co zjadłam, wypiłam, łącznie z tabletkami, zwymiotowałam. Dlatego kolejny raz tata zawiózł mnie na SOR. Tam powtórzyła się sytuacja z piątku, czyli zero badań, lekarz stwierdził, że to przez leki przeciwbólowe, ponieważ jest tam substancja, która osobom starszym nic nie robi, a młodzi ludzie po niej wymiotują. Ale dla pewności dał mi karteczkę, żeby następnego dnia zgłosić się do urologa. Wspomnę Wam, że moja mama dla pewności zapakowała mi rzeczy do torby, gdyby postanowili zostawić mnie na obserwacji. 

Zgłosiłam się. Chociaż objawy przeszły, nerka aż tak bardzo nie bolała, to dla pewności zgłosiłam się do specjalisty (wzięłam również torbę z rzeczami). Żeby się do niego dostać miałam drobne problemy, ponieważ dzień wcześniej lekarz powiedział, że mam zgłosić się przez rejestrację na SORze, a tam powiedzieli, że mam od razu udać się na oddział. Na oddziale powiedzieli, że bez karty informacyjnej historii choroby nie mogą  mnie przyjąć, więc znowu wróciłam na SOR, gdzie dali mi tą kartę i z ratownikiem medycznym poszłam na oddział. Tam urolog zrobił mi USG, stwierdził, że coś się z tą nerką dzieje, ale... . No właśnie, ale. Ale poważniejszym problemem jest torbiel na lewym jajniku. Wróciłam na SOR, gdzie wysłali mnie pod gabinet konsultacyjny. Tam sobie poczekałam z jakieś dwie godzinki, mój tata zdążył wrócić do domu i zabrać torbę, ponieważ spieszyło mu się do pracy i uznaliśmy, że jeśli miałabym zostać  to mama później dowiezie mi rzeczy. Lekarka, tym razem inna (chirurg dziecięcy, ta poprzednia nie wiem jaką miała specjalizację, ponieważ na pieczątce jest tylko imię i nazwisko). Zrobiła mi morfologię, CRP, badania moczu, RTG i USG [ale tym razem na oddziale diagnostycznym (nie wiem jak to nazwać, ale chodzi o to, że nie na SORze jak miałam poprzednią, ale tym razem przez kogoś hm.. bardziej wykwalifikowanego w tym temacie, ponieważ później stwierdziła, że moja pierwsza lekarka nie ma tyle kompetencji, by dobrze przeprowadzić USG)] . Skonsultowaną mnie z ginekologiem, który potwierdził torbiel i zalecił obserwację przez trzy miesiące. 

Podsumowując:
Na ostatnim wypisie mam stwierdzone: kolkę nerkową, zapalenie dróg moczowych, torbiel krwotoczną lewego jajnika. I niestety, o tą torbiel się wszystkim najbardziej rozchodzi. Wiem, że żeby najpierw podjąć jakieś działania, to muszę mieć zdrowy organizm, a nie stan zapalny (CRP przewyższa normę o ponad 3 razy, leukocyty też są powiększone). Kilka osób w mojej rodzinie mówi o zmianie lekarza, pójścia gdzieś prywatnie, ale kurde...! Jaki jest sens wydawać 200 czy 300 złotych w tym momencie, żeby usłyszeć to samo?  Jeśli wyleczę stan zapalny i moją nerkę, to wtedy pomyślę nad prywatną wizytą u lekarza. Zastanawiam się tylko, czy nie pójść w stronę innego szpitala, gdzie wszyscy w mojej rodzinie decydowali się na operacje, czy to migdałków czy guza mózgu. Pomijając fakt, że szpital, do którego ja jeździłam nie ma dobrej opinii, dużo ludzi woli jechać 40 km dalej. 
Jeśli chodzi o samą torbiel i operację, to orientowałam się w tym temacie (poradnikzdrowie, mamaginekolog) i prawdą jest to, że ta torbiel bardzo często wchłania się (co dla wielu jest dziwne, że jak takie coś może ot tak się wchłonąć), nie wymaga operacji ( z czym nie do końca zgadza się moja rodzina), a lekarze niechętnie operują młode dziewczyny, które nie rodziły. Nie wiem czy to ma znaczenie, ale torbiel wykryto u mnie w okresie około owulacyjnym (dzień, dwa po planowanej dacie owulacji), co może mieć wpływ na tą torbiel, jeśli popatrzy się na to, jak wygląda proces powstawania torbieli. Podejrzewam, że u mnie zaczęło się to w wakacje, ponieważ wtedy moja miesiączka zmieniła się. Stała się bardziej bolesna, wydłużyła się do siedmiu dni, w okolicach czwartego dnia praktycznie nie mam krwawienia, a następne trzy dni mam normalnie. 
Obecnie czuję się dobrze, praktycznie nie są potrzebne mi leki przeciwbólowe, raz zdarzyło mi się, że wzięłam No Spę Forte, czuję, że z nerką już jest lepiej, ale i tak mam zapisać się do poradni urologicznej dla pewności. 

Dziewczyny!
Obserwujcie swój organizm! Z każdą niepokojącą rzeczą idźcie do lekarza! Badajcie się, nie odkładajcie takich rzeczy na później!

Prosiłabym Was o udostępnianie tego postu. Chcę, żeby trafił on do jak największej liczby dziewczyn, ponieważ torbiele, endometrioza czy PCOS są coraz częstszym problemem. 
MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

niedziela, 23 grudnia 2018

Byłam w szpitalu! PRZESTROGA!

Hej hej!
Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić sytuacją, która zdarzyła mi się w piątek wieczorem. Chciałabym tą sytuacją przestrzec Was albo i pokazać, że czasami nie warto przytakiwać lekarzom (chociaż ja to poniekąd zrobiłam). Ale zacznę od początku. 
W czwartek, o siódmej rano, kiedy wyszłam z domu na przystanek, zaczęło mnie boleć po lewej stronie brzucha. Pomyślałam, że to może być od torebki, która tego dnia była dosyć ciężka. Kiedy dojechałam do miejscowości, gdzie chodzę do szkoły (ok. 25 minut później), zrobiło mi się niedobrze. Zadzwoniłam do domu, żeby tata po mnie przyjechał (czułam, że nie dojdę do szkoły, a nawet jeśli, to szybko będę musiała z niej wyjść) i pobiegłam wymiotować. W domu zaczęłam zwijać się z bólu, więc dziadek zawiózł mnie do lekarza rodzinnego. Wcześniej dzwoniłam do poradni diagnostycznej, żeby dostać się na USG prywatnie, ale już nie było lekarzy. Również pani w przychodni miała problem mnie zarejestrować, ponieważ były szczepienia. Ale po namowach, powiedziała, żebym przyszła i poczekała. Czekałam około godzinę, ledwo mogłam usiedzieć na ławce. W końcu pielęgniarka mnie poprosiła i powiedziała, że Pani doktor mnie przyjmie, ponieważ jestem strasznie blada i fioletowa. Pani doktor mnie zbadała i stwierdziła, że to grypa żołądkowa, ale dała mi zastrzyk przeciwbólowy. Okazało się, że nie ma dokładnie tego, który miałam dostać, więc dostałam No Spe domięśniowo. Trochę pomogło i wróciłam do domu. To, co zjadłam i wypiłam (łącznie z tabletkami np. Nospa) to zwymiotowałam.
Następnego dnia aż do osiemnastej było wszystko w porządku. Trochę bolał mnie brzuch, ale gdy zbliżała się wcześniej wspomniana godzina, to znowu zaczynałam wymiotować. Później było jeszcze gorzej. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że bolało bardziej niż dzień wcześniej. Jak zawsze bałam się szpitali i nie chciałam mieć z nimi nic wspólnego, tak teraz błagałam, by mnie zawieźli na SOR. Na miejscu byliśmy około 18:30. Pani w rejestracji niezbyt chciała mnie zarejestrować, ale po wytłumaczeniu, że nie dostałam się na badanie USG i żadne lekarstwa mi nie pomagają, kazała czekać na ratownika medycznego. Ratownik mnie zbadał, sceptycznie podszedł do mojego problemu, ale w końcu mnie wysłał do gabinetu. Trochę poczekałam, ponieważ przede mną były dwie osoby. W między czasie szłam wymiotować i leżałam na dwóch fotelach, ponieważ inaczej nie umiałam. W końcu, ledwo stojąc na nogach, weszłam do gabinetu. Opisałam lekarzowi problem, on mnie zbadał. Nie wykonał USG, chociaż co najmniej dwa razy wspominałam, że wolałabym je mieć. Lekarz zaproponował mi, żebym brała w domu No Spe. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

D: Weźmie sobie Pani No Spe i powinno przejść
J: Ale ja brałam No Spę i nic nie pomogło, a dodatkowo ją zwymiotowałam
D: To niemożliwe, żeby ją Pani zwymiotowała
J: Ale zaczęłam wymiotować zaraz po niej. Nie może mi Pan dać czegoś przeciwbólowego(?), bo zaraz nie wytrzymam.
D: No dobrze, to damy No Spe domięśniowo
Trochę sobie poczekałam na zastrzyk, ponieważ doktorek nie ogarniał systemu. Bardzo zastanawia mnie fakt, że żaden lekarz nie zwrócił uwagi na moje problemy z nerkami, o których wspominałam. Tylko pani doktor rodzinna wspomniała, że wypadałoby zrobić badania (ale zlecenia nie dostałam). 
Po świętach chciałabym jak najszybciej wybrać się na USG, nie tylko te, które zleciła mi Pani ginekolog, ale również na takie ogólne USG. 
Myślę, że gdyby nie filmiki Aga in America o tym, że nie należy w 100 % ufać lekarzom, to nie znalazłabym w sobie siły, żeby w pewnym stopniu się zbuntować i postawić na swoim. Mogłam być bardziej stanowcza w kwestii USG, ponieważ jak piszę ten post to znowu mnie boli. Co prawda nie zwijam się z bólu, ale No Spe musiałam zjeść. 

Na pogotowiu byłam również we wtorek. Tym razem trafiłam na lekarzy, którzy mnie zdiagnozowali. Miałam podaną kroplowkę, zrobioną morfologię i USG. Pomęczę się jeszcze przez miesiąc, ponieważ ból jest spowodowany złogami w nerce, które chcąc wyjść, zatykają kanaliki. 

MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

sobota, 1 grudnia 2018

JAK STRES WPŁYNĄŁ NA MOJE ZDROWIE

Hej hej!
O tym, że długotrwały stres wpływa negatywnie na organizm człowieka, wie chyba każdy. Ale nie każdy wie, jakie to może dawać nietypowe objawy. UWAGA!  Tym postem nie chcę zniechęcić Was do pójścia do lekarza, bo nie zawsze stres jest przyczyną różnych dolegliwości. Chcę Wam po prostu przedstawić moją historię i może przekazać, że czasami nie warto się stresować. Opowiem Wam o dwóch etapach w moim życiu, w których miałam dolegliwości, które wyglądały groźnie i mogły wskazywać na poważne choroby, a okazały się wynikiem stresu. Dwie ostatnie historie działy się w jednym czasie, dość niedawno, bo zaczęły się pod koniec zeszłego roku szkolnego. 


Zacznę od tego, że mój organizm zawsze źle reagował na stres. Czy to bardziej czy mniej odczuwalny stres, ja zawsze inaczej się czułam. Zaczęło się od problemów z jelitami, podejrzeniem Leśniewskiego-Crohna (z perspektywy czasu i po zdobyciu informacji na temat tej choroby, wiem, że to była gruba przesada). Pomijając fakt, że objawy, które występują w tej chorobie, nie występowały u mnie. Również podejrzewano nietolerancję laktozy ( do dzisiaj rzadko używam mleka i nabiału).  Badania nic nie wykazywały, chociaż w najcięższych momentach istniało ryzyko wyłonienia stomii. Dolegliwości przeszły mi w gimnazjum, chociaż przez te pięć/sześć lat spokoju miałam jeden epizod i to niedawno, w którym bałam się, że to wszystko wróciło.


Od września, co rano, niezależnie od tego czy zjadłam śniadanie czy nie, miałam mdłości. I to takie, że później strasznie bolał mnie żołądek. Nie wymiotowałam, po prostu dość mocno mnie naciągało podczas mycia zębów, a nawet w momencie, gdy nachylałam się nad umywalką by umyć twarz. Przestałam jeść śniadania, bo myślałam, że może mój organizm nie jest gotowy, by o 6 rano przyjmować pokarm, ale jednak to nie było zależne. W listopadzie jakoś to ustąpiło, pojawiało się sporadycznie. To, co działo się ze mną, w połączeniu z tym, co się u mnie działo, dało mi obraz nerwicy żołądka, która występuje u mnie w rodzinie. 


Pod koniec drugiej klasy liceum zaczęłam mieć dziwne dolegliwości w czasie miesiączki. Skurcze, dziwny ból, wydłużenie krwawienia do siedmiu dni w połączeniu z moimi wcześniejszymi wynikami USG dość mocno mnie niepokoiły. W końcu, po kilku miesiącach (nie bierzcie ze mnie przykładu) udałam się do lekarza. Trzęsłam się jak osika. Ile teraz słyszy się  o endometriozie bagatelizowanej przez lekarzy u dziewczyn w moim wieku. Lekarka zrobiła wywiad, zbadała mnie (shit!) i znowu trochę ze mną pogadała. Wypytała o dolegliwości w rodzinie i choroby, ale uspokoiła mnie, że na mięśniaki i nowotwory jest za wcześnie, ale warto się badać i pilnować swojego zdrowia. Spytała mnie, w której jestem klasie i powiedziała, że te dolegliwości, które mam mogą wskazywać na stres, w szczególności, że dolegliwości pojawiły się akurat w tym momencie, gdzie ten stres tak bardzo się nasilił i towarzyszył mi cały czas. Dała mi również zlecenie na USG, bo wiadomo, że daje ono lepszy obraz niż jej badanie, ale stwierdziła, że to USG jest raczej kontrolne i nie powinno tam wyjść nic niepokojącego. Niemniej jednak warto go zrobić, choćby dla świętego spokoju.



MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

poniedziałek, 26 listopada 2018

PRZEGLĄD MOICH KOSMETYKÓW I PODKŁADY

Hej hej!
Dzisiaj przychodzę do Was z Przeglądem moich kosmetyków. Serię tą bodajże zapowiadałam jakiś czas temu, ale kompletnie o niej zapomniałam. Dopiero jak przeglądałam kalendarz w poszukiwaniu inspiracji na post, zauważyłam, że ten post miał pojawić się... 7 listopada! Mam nadzieję, że teraz złapię systematyczność i oprócz life update będą pojawiały się tutaj przeglądy moich kosmetyków. Jednak nie chciałabym, żeby te dwie serie przejęły bloga i będę próbować dodawać tutaj coś innego.



Zacznę może od podkładu, który był moim pierwszym. Jest to  Miss Sporty Perfect Stay 14h nr 002. Jak widzicie mam dwa podkłady z tej serii. Pierwszy- widać, że używany, drugi- kupiony przed moją osiemnastką, użyty raz. Kiedy go kupowałam, myślałam, że w tym pierwszym nie odpowiadał mi tylko kolor. Producent obiecuje, że Podkład zapewnia nieskazitelną, zdrowo wyglądającą cerę aż do 14 godzin. Kontroluje wydzielanie sebum i gwarantuje matowe wykończenie makijażu przez wiele godzin. Lekka formuła nie zatyka porów i pozwala skórze oddychać. Zawiera witaminy A, C, E oraz antyoksydanty, by chronić skórę przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Nie ściera się, nie brudzi ubrań. (źródło: Rossmann)

Wady:
- słabe krycie (albo i jego brak)
- na skórze wygląda jak słaby korektor, a nie jak podkład
- wąska gama kolorystyczna- podkład jest albo za jasny, albo za ciemny
- nie spełnia obietnic producenta
Kiedy wykonywałam nim makijaż w dniu mojej imprezy urodzinowej, musiałam posiłkować się innym podkładem. Ten wyglądał fatalnie na mojej skórze, był widoczny punktowo, wyglądał jakby był użyty miejscami jako korektor. 



W7 High Definition 12h. Jest to podkład, którym posiłkowałam się robiąc makijaż urodzinowy. Zamawiałam go ze strony https://kosmetykizameryki.pl/ i kosztował on około 13 złotych. W opisie znajdujemy informację, że Delikatny podkład kryjący, posiada lekką formułę która równomiernie się rozprowadza nie tworząc efektu maski. Podkład nie pozostawia plam oraz smug oraz nie ciemnieje na twarzy. Wyrównuje koloryt i sprawia, że twarz wygląda na zdrowszą  i promienną. (źródło: kosmetykizameryki). Niestety mój podkład okazał się za ciemny. Nakrętka jest brudna, dlatego, że mieszałam go z jaśniejszym podkładem. Ma on dość klejącą konsystencję, która niezbyt mi się podoba. Krycie jest średnie. Przed zakupem przeglądałam różne filmiki z recenzjami tego produktu, więc jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, to odsyłam do jednego z nich: klik




Oriflame The One. Jest to podkład, którego numerku Wam nie podam, ponieważ nigdzie go nie ma. Jest to mój największy bubel. Jeśli go używam, to tylko by rozjaśnić jakiś podkład (tak jak w przypadku W7).
Wady:
- rozjaśnia twarz
- zbiera się w porach i zmarszczkach
- zerowe krycie
- podkreśla niedoskonałości
- lejąca konsystencja



Teraz pokażę Wam krem BB, który kupiłam z polecenia youtuberki. Bielenda fluid matujący nr 1 naturalny. 
Wady:
- wąska gama kolorystyczna- jak widzicie na opakowaniu są tylko 3 opcje
- ciężka konsystencja
- zbiera się w zmarszczkach i porach
- podkreśla niedoskonałości




Ingrid Ideal Match anti-pollution nr 401 pearl beige. Produkt ten możecie znać z posta Przegląd paczki I Ingrid Cosmetics . Kolor jest dla mnie za ciemny, ale produkt dostałam do zrecenzowania, więc nie miałam wpływu na wybór. Konsystencja jest klejąca, krycie jest średnie. Podkład staje się pomarańczowy po nałożeniu. Jest to produkt, którym trochę się rozczarowałam. 





Pierre Rene Andvanced Lift nr 03. Jest to mój ostatni zakup. Podkład kosztował około 25 złotych, więc jest moim najdroższym podkładem. Z tego co się orientowałam, to są jeszcze jaśniejsze wersje podkładu, ale w mojej drogerii, to ten był najjaśniejszy. Podkład ma bardzo dobre krycie, jest lejący, co mi przeszkadza, dopasowuje się do skóry, łatwo się rozprowadza. Minusem jest to, że zostaje na ubraniach. Ja mam ślad na kurtce, kiedy ocierałam się nią  o szyję. Ale jak na razie jest to mój ulubieniec.


Mam nadzieję, że wpis Wam się podobał. Jeśli macie do niego jakieś zastrzeżenia, na coś bardziej powinnam zwrócić uwagę, czegoś Wam brakuje, to dajcie znać. Jeśli macie któryś z tych podkładów, podzielcie się swoją opinią. 

MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

niedziela, 18 listopada 2018

#lifeupdate I MATURA PRÓBNA

Hej hej!
Dzisiaj przychodzę do Was z postem, który możliwe, że będzie pojawiał się tutaj dość często. Jako iż cały czas mam zajęty nauką, a nie chcę rezygnować z bloga, to raz na jakiś czas będą pojawiały się tutaj posty z serii life update. Ale jeśli nie chcecie takich postów, to postaram się wymyślić coś innego. Jestem bardzo aktywna na studygramie, więc jeśli chcecie częściej mieć ze mną do czynienia to zapraszam Was na mój profil.
https://www.instagram.com/suzane.study/ 

W przyszłym tygodniu zaczynają nam się matury próbne, których termin nie wszystkim pasuje. Dlaczego? Głównie dlatego, że niezbyt mamy powtórzony materiał, a jeśli mamy (jak na j. polskim) to nie mamy zrobionych innych potrzebnych rzeczy, typu rozprawki czy interpretacja porównawcza. 
Z historii nie mamy ani razu napisanej rozprawki ani żadnego działu powtórzonego. Dlatego, jeśli ktoś wykupił jedno rozszerzenie dodatkowe (jedno było w cenie), to np. mając do wyboru polski/angielski lub historię, to w tym tygodniu pisze język polski lub angielski, a historię bierze do domu i będziemy ją rozwiązywać na zajęciach dodatkowych, kiedy zrobimy powtórki i rozprawkę. 
Matematyką niezbyt się przejmuję, ponieważ niewiele osób ją zdaje na próbnej maturze, a jeśli zdają to osoby z rozszerzeń. Ale co się dziwić- matura próbna i ta właściwa pochodzą z innych źródeł. A jeśli chodzi o matematykę ogólnie jako o przedmiot, to myślałam, że pójdzie mi lepiej. Co prawda nie mam zagrożenia, jednak nie są to same trójki jak oczekiwałam. Ale na szczęście jedynki też nie mam. Ale pociesza mnie fakt, że rozumiem, co robimy na lekcji i nie mam problemu z zadaniami. 
Na angielskim jest trochę gorzej. Mam wrażenie, że nic nie umiem, mam problem, żeby sklecić zdanie trochę bardziej wymagające niż na obrazku widzę kobietę i mężczyznę, którzy znajdują się w parku. Para rozmawia i wygląda na bardzo szczęśliwych. Prawda jest taka, że na tegorocznych wakacjach prawie nie używałam angielskiego. Jak jedzenie macie załatwione w hotelu i nie macie zbytnio kasy, żeby ,,szaleć'' to nie ma potrzeby jakiegoś zbytniego porozumiewania się. A we Francji- używałam francuskiego. Z odpowiedzi maturalnej z języka angielskiego miałam niecałe 60%. W wakacje miałam aspiracje, żeby pisać rozszerzony angielski (w zasadzie przydałby mi się), ale po kilku ocenach- zrezygnowałam i nie wpisałam go na pierwszej deklaracji, czego żałuję, bo mogłabym się sprawdzić. Chociaż w domu mam arkusze zarówno z podstawy i rozszerzenia. Zobaczymy- w lutym mogę zmienić przedmioty i jeśli przyłożę się do angielskiego, to dopiszę angielski rozszerzony. Nie da się go nie zdać, a może pójdzie mi trochę lepiej niż podstawowy i zwiększy moją szansę na studiowanie wymarzonego kierunku. Wiem, że to może się diametralnie różnić, nie tak jak rozszerzenie i podstawa na egzaminie gimnazjalnym, ale warto spróbować. Nic nam to nie zaszkodzi, a może pomóc. 



MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

niedziela, 4 listopada 2018

JAK PRZESTAĆ BYĆ ZAZDROSNYM?

Hej hej!
Przychodzę do Was z kolejnym postem, który miał być filmikiem. A dlaczego nim nie będzie? Ponieważ zamknęłam kanał. Postanowiłam, że zajmę się blogiem, który rozwija się lepiej niż kanał i był moim pierwotnym miejscem w Internecie. Jeśli będę chciała nagrać jakiś filmik, to wrzucę go tutaj, jednak uważam, że większość postów będzie z przemyśleniami, a to łatwiej jest mi napisać niż powiedzieć. 


Zacznę od tego, że będę mówiła o zazdrości wśród młodzieży. Zazdrości, która dotyczy: studiów, samochodu, prawa jazdy, które jest sponsorowane w większości lub w całości przez rodziców. Chciałabym również zaprosić Was do podobnego wpisu, który nosi tytuł: Jak przestałam zaglądać ludziom do portfela?. Warto zaznaczyć, że nie ma jednej uniwersalnej rady jak przestać być zazdrosnym. To przychodzi z czasem i z doświadczeniem. 


Ale jest kilka elementów, które mogą pomóc nam dojść do momentu, gdzie przestanie zazdrościć innym osobom. Oczywiście nie pozbędziemy się tego uczucia w stu procentach, ale zminimalizujemy je do momentu, gdzie przestanie nam tak bardzo przeszkadzać. 

1. Pomyśl, że to wszystko możesz mieć później

Nie wszystko można odłożyć na później. Dobrym przykładem są studia. Niestety, ale jest małe prawdopodobieństwo, że dany kierunek otworzy się blisko nas, tak, że bez problemu będzie nas na niego stać albo zostanie utworzony tryb zaoczny. Ale jeśli chodzi o inne rzeczy: prawo jazdy można zrobić w każdej chwili, własny samochód można kupić kiedy się tylko będzie miało pieniądze- zawsze można iść do pracy. Wiadomo- nie będzie to jakaś nówka sztuka z salonu, ale coś paroletniego, ale zawsze coś. Z biegiem lat można się dorobić. Nie od razu Kraków zbudowano. 

2. Znalezienie pozytywnych stron

Brzmi śmiesznie prawda? Ale przecież pracowanie w trakcie studiów o ile obecnie wydaje się męczące i irytujące, w przyszłości może dać nam duży plus u pracodawcy. Prawdopodobnie zostanie to odebrane jako zaradność i chęć do pracy. Jeśli samemu dojdziemy do własnego samochodu, dobrego wykształcenia, to pomimo wielu upadków, zwątpień, nasza pewność siebie wzrośnie, będziemy bardziej usatysfakcjonowani i docenieni w oczach innych. 

3. Znalezienie innych rzeczy (wartości) które mamy lepsze niż ktoś inny

Co z tego, jeśli ktoś studiuje na wymarzonych studiach na drugim końcu kraju, skoro w wolnym czasie nic nie robi, imprezuje, a z rodzicami nie ma dobrego kontaktu? Pomyśl, że przecież Ty masz kochającą rodzinę, pracę, która daje Ci doświadczenie, które będzie liczyło się później i jesteś bardziej zorganizowany i zaradny, bo np. łączysz studia z pracą.

Piszcie jak to było z Wami. Czy mieliście momenty, w których zazdrościliście znajomym, rodzinie?

MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!
Snapchat: zujubeth
Jeśli mnie zaobserwujesz- powiadom mnie o tym :)




środa, 31 października 2018

CO MYŚLĘ O STUDIACH I DLACZEGO NIE CHCĘ STUDIOWAĆ ZAOCZNIE?

Hej hej!
Przychodzę do Was z kolejnym postem, ale tym razem o tematyce studenckiej, to której teoretycznie coraz mi bliżej. Dlaczego teoretycznie?  Zacznę od tego, że raczej nie należę do osób, którym rodzice z łatwością dadzą pieniądze, żeby utrzymać się na studiach. Z moich obserwacji wynika, że jest to rzadkie zjawisko w moim pokoleniu. U mnie w rodzinie, w szczególności od strony mojej mamy, wszyscy myślą, że mam możliwość zamieszkania w większym mieście, żeby tam studiować. No nie, złote czasy górnictwa się skończyły, poza tym mój tata nie pracuje pod powierzchnią, więc nie zarabia tyle, ile wszyscy myślą. 


Dla mnie studia to po prostu kolejny etap edukacji, dość ważny, w którym licencjat czy inżynierat to podstawa. Dlatego tak bardzo zależy mi, żeby ten etap studiować dziennie. Wiadomo, dla mało którego pracodawcy sam tytuł licencjata/inżyniera się liczy, ale znam osobę, która po licencjacie z ekonomii (z zamiarem kontynuowania studiów magisterskich) aplikowała do pracy na produkcję. Pracodawca zaproponował jej pracę młodszej księgowej, ze względu na to, że już miała licencjat, jakąś wiedzę i chciała kontynuować naukę. 


Studia magisterskie to dla mnie uzupełnienie, ale dość ważne dla potencjalnego pracodawcy. Statystyki przedstawiają, że pracodawcy lepiej patrzą na osoby po studiach magisterskich niż po samym licencjacie czy inżynieracie. Jednak wiadomo, że nie tylko wykształcenie wpływa na to, czy i jaką znajdziemy pracę. Najlepszym przykładem jest moja ciocia- skończyła turystykę, a pracuje w administracji i ogarnia wszystko, jakby była po studiach w tym kierunku, ponieważ do wszystkiego starannie się przygotowuje i zapisuje wszystko, czego się dowie. 


Studia dzienne to według mnie, oprócz tego, że jest to kolejny etap edukacji, to jest to przedłużenie okresu beztroski. Oczywiście pod warunkiem, że nauka przychodzi z łatwością, rodzice pokrywają wszystkie koszty, a student nie musi pracować i martwić się skąd weźmie na czesne, dojazdy czy mieszkanie. Oczywiście przy chęciach i mobilizacji można łączyć studia dzienne z pracą. Wiadomo, nie wszystkie kierunki się da, są takie, na których siedzi się od rana do nocy i nie ma możliwości, żeby połączyć je z pracą popołudniami i zostają tylko weekendy. Jak dla mnie wprowadzenie niedziel niehandlowych w takim systemie w jakim one są, zamknęło trochę drogę niektórym studentom (i nie tylko, bo to też uszczupliło budżet wielu rodzinom, które już i tak żyły skromnie) Jeśli byłaby to co druga niedziela, to jeszcze jakoś  można byłoby dorobić, ale jeśli jest to system, gdzie raz trafia się tylko jedna niedziela handlowa w miesiącu, a za jakiś czas dwie niedziele, to jest to dla mnie niezrozumiałe. Wiadomo- niedziela jest ważna, czas spędzony z rodziną itp, ale ile jest osób, którym praca w niedziele umożliwiała trochę lepsze warunki życia. Licząc, że ktoś zarabia 10zł na godzinę, to w miesiące gdzie są cztery niedziele, zarobi już 320zł za same niedziele. Te pieniądze można przeznaczyć na np. opłaty za mieszkanie/akademik, rachunki, czesne za studia. Wiadomo- w niedzielę są czynne kawiarnie, ale jednak to i tak nie jest tyle miejsc pracy, a też nie każdy do takiej pracy się nadaje. 


1. Opłaty

Studia zaoczne na uczelniach publicznych są płatne. W mojej okolicy kwoty wahają się od 300 do 800 złotych za miesiąc (za de facto 4 dni spędzone na uczelni). Na uczelniach prywatnych ceny za studia stacjonarne i niestacjonarne niewiele się różnią. Z tego co patrzyłam, to jest to około 100zł.

2. Częstotliwość zajęć + mobilizacja

Ja należę do osób, które muszą mieć usystematyzowaną wiedzę. I o ile zjazdy byłyby co weekend, to co drugi weekend już do mnie nie przemawia. Jednak istnieją uczelnie, które mają zjazdy co tydzień, ale jednak to rzadkość. Na studiach zaocznych w średnio cztery dni w miesiącu trzeba przekazać wiedzę taką jak w około dwadzieścia dni. Pomijając fakt, że jeśli trafi się jakaś impreza rodzinna typu wesele, urodziny lub niestety pogrzeb, to trzeba będzie coś wybrać. 


3. Znajomości + atmosfera

Według mnie łatwiejsze są do zdobycia znajomości, które pielęgnujemy codziennie niż te, z którymi mamy styczność co dwa tygodnie przez dwa dni. 
Nie wiem jak to jest z atmosferą przy studiach zaocznych, ale mi wydaje się, że po całym tygodniu (albo dwóch) pracy, takie zjazdy to odskocznia od życia, a nie na odwrót jak przy studiach dziennych, że to praca jest odskocznią od nauki. Jeśli się mylę, macie inne doświadczenia to śmiało możecie je pisać. 

4. Postrzeganie przez pracodawcę

Niestety, ale dalej studia zaoczne (tak jak uczelnie prywatne) mają opinię studiów, dla osób, które nie dostały się na tryb stacjonarny, co według mnie jest krzywdzące np. dla osób, których nie stać na studiowanie dzienne. Tym samym studia zaoczne, przez ilość zajęć, uważane są za studia, które mają gorsze wyniki w przekazywaniu wiedzy. Jest to stereotypowe postrzeganie, które ja też poniekąd powielam, ale niestety, życie w Polsce, studiowanie i pracowanie tutaj nie jest kolorowe. 


Jeśli macie inną opinię na ten temat, macie jakieś pytania, nie zgadzacie się z moim stanowiskiem, możecie to wszystko zawrzeć w komentarzach. Wiem, że momentami mogę brzmieć jak rozpieszczona księżniczka, która myśli, że na wszystko ją stać i ma szansę dostać się tam gdzie chce, ale taka już moja natura 😳

MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!
Snapchat: zujubeth
Jeśli mnie zaobserwujesz- powiadom mnie o tym :)


poniedziałek, 29 października 2018

PRZEKAŻ SWOJE PUNKTY NA SCZYTNY CEL I ROSSMANN

Hej hej!
Dzisiaj przychodzę do Was z postem o pomaganiu. Jak wiecie albo i nie, Rossmann prowadzi akcję, która trwa do najbliższej środy, 31 października. Mowa o podarowaniu swoich punktów na cele charytatywne. O akcji tej dowiedziałam się z Instagrama. Trochę zajęło mi dotarcie do miejsca, które umożliwia przekazanie punktów. Zanim pokażę Wam, jak to zrobić, to opowiem Wam coś o tej akcji. Punkty, które zbieraliśmy przez cały rok, wraz z jego końcem, zerują się. Wiadomo, można skorzystać ze zniżek, ale jeśli ktoś ma tych punktów setki, to czy wykorzystamy je na kupony przez dwa miesiące? Dlaczego więc nie zrobić z nich pożytku? Każdy punkt to 5 groszy. Ja przekazałam około 360-370 punktów, czyli około 18 złotych na schronisko dla psów. Jeśli chodzi o wybór organizacji- wybierana jest ona automatycznie, spośród schronisk dla zwierząt, fundacji i organizacji pożytku publicznego. Przekazanie punktów jest bardzo łatwe. 

1. Wchodzimy w aplikację Rossmann i i klikamy zakładkę Dla Ciebie
2. Wchodzimy w okienko informacyjne, które przeniesie nas na stronę internetową drogerii do zakładki, gdzie możemy przekazać punkty
 
 
3. Powinniście mieć okienko Przekaż punkty (ja tej opcji nie mam ze względu na brak punktów, które przekazałam wcześniej)


4. Wybieracie ilość punktów jaką chcecie przekazać i GOTOWE!

Dajcie znać czy Wy już przekazaliście punkty czy dopiero macie zamiar. Jeśli już to zrobiliście, to jaką organizacje wsparliście? 
 
MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!
Snapchat: zujubeth
Jeśli mnie zaobserwujesz- powiadom mnie o tym :)



sobota, 27 października 2018

ORGANIZACJA MOJEJ SZAFY I PHOTO

Hej hej!
Dzisiaj przychodzę do Was z wpisem, który pierwotnie miał być filmikiem. Jednak coś stało mi się z ustawieniami aparatu i kompletnie wszystko mi się poprzestawiało i filmiki kończą się nagrywać po kilku sekundach, co jest drażniące. Dlatego postanowiłam zrobić dla Was post o tym, jak wygląda moja szafa i co zmieniło się na przestrzeni lat. Dajcie znać, jak u Was wygląda organizacja szafy i z czego chętnie byście skorzystali.
 

Jeśli chodzi o to, jak zachodziły zmiany w mojej szafie, to zaczniemy od etapu komody i wąskiej szafy na kurtki. W komodzie trzymałam wszystko to, co dało się złożyć plus bieliznę, a w szafie (która była szerokości jednej części mojej obecnej szafy) trzymałam: gry planszowe (które znajdowały się również na szafie, więc były widoczne), kurtki, swetry, bluzy, sukienki i buty. Moja obecna szafa jest szafą wielosezonową. Raz miałam etap, gdy osobno trzymałam bluzki ,,po domu'', a osobno wyjściowe, jednak to się nie sprawdziło i ostatecznie od dłuższego czasu, moja szafa wygląda tak. Na szafie mam: pudło z laptopa, obraz, pudło z aparatu, kabel z telewizora, świeczki zapachowe i zapasową rurkę do szafy, na której można powiesić ubrania.


Na samej górze znajduje się półka z: koszykiem na skarpetki i rajstopy, torebka ze strojami kąpielowymi (wyłania się zza piżam), stosik z piżamami i ze swetrami. Również tutaj mimo starań panuje chaos, ze względu na to, że półka jest wysoko i dość ciężko jest mi ułożyć ubrania na kupce prosto. Dodatkowo kwestię tą utrudnia to, że swetry i piżamy są różnej długości i grubości, co również wpływa na to, jak stos wygląda. 

 

Następna półka mieści koszyk z bielizną, stos z T-shirtami i ze swetrami oraz bluzkami na długi rękaw. Jest to półka, która najkrócej jest w takim stanie. Już po około tygodniu wszystko się rozwala, chociaż cały czas staram się składać bluzki w ten sam sposób w jaki były, jednak trochę trudnej jest przy odkładaniu je na swoje miejsce, gdzie stosik się rozpada. Jak widzicie kupki nie są idealne, ze względu na to, że każda bluzka jest inna i ciężko jest ułożyć je tak, żeby wszystko było równo. 



W środkowej półce mam trzy stosy ubrań. W pierwszym znajdują się jeansy, w drugim dresy, legginsy i krótkie spodenki, a w trzecim stosie znajdują się spódnice. Ze względu na to, że spódnice są różnej długości, dość często panuje tam chaos.



Niżej znajduje się półka typowo urodowa (oprócz tej reklamówki, w której mam strój na WF). Po lewej stronie, w kartonie mam rzeczy do makijażu: podkłady, palety do konturowania, palety z cieniami do powiek, konturówki, pomadki, korektory, pudry, pędzle. Jeśli chcecie przegląd moich kosmetyków, to dajcie znać w komentarzach. Wtedy zrobię serię, w której będę opowiadać o kosmetykach z danej kategorii. W fioletowym pudełku znajdują się moje akcesoria do włosów: gumki, których w większości nie używam, wypełniacz do koka, wsuwki, opaski. Za reklamówką możecie zobaczyć kosmetyczkę, w której są... jeszcze mniejsze kosmetyczki, które służą mi na wyjazdach :) Obok, jeśli się przyjrzycie, możecie zauważyć karbownicę i prostownico-lokówkę. Po prawej stronie mam ustawione produkty, które warto mieć pod ręką: krem, krem z filtrem, suchy szampon, odżywki do włosów w mgiełce, antyperspirant i dezodorant w kulce. 



Najniższa półka, jak widać, jest najbardziej chaotyczna. Trzymam w niej torebki i dwa pudła z Pepco, w których znajdują się stare zeszyty (z gimnazjum! :D) i różne rzeczy papiernicze bądź skakanki i słuchawki, których nie używam. Ogólnie z tej półki mało korzystam, ponieważ mam jedną torebkę, z której korzystam i znajduje się ona koło mojego biurka. Dlatego ta półka najdłużej jest poukładana.



 Jeśli chodzi o drugą część, to znajdują się tam: gry planszowe, torba z aparatu, aparat, kurtki, swetry, sukienki i buty.  W pudełkach trzymam buty, w których najrzadziej chodzę albo takie, na które nie ma już sezonu. W koszyku, który jest po lewej stronie trzymam szaliki, czapki i worek, w którym znajduje się tiul do mojej sukienki z osiemnastki.

ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!
Snapchat: zujubeth
Jeśli mnie zaobserwujesz- powiadom mnie o tym :)


sobota, 6 października 2018

UPDATE I 6.10.2018

Hej hej!
Dzisiaj przychodzę do Was z krótkim streszczeniem tego, co się u mnie dzieje. Zniknęłam z Youtube i z bloga z powodu szkoły. Brak czasu, weekendowa nauka, zastanawianie się nad studiami (iść czy nie iść skoro nie mam możliwości pójścia na wymarzony kierunek?) i przyjazd babci sprawiły, że nie mam możliwości, żeby nagrywać, chociaż mam kilka pomysłów (ale o tym powiem Wam na końcu wpisu i spytam czy chcielibyście coś takiego zobaczyć). 


Ale wracając do #lifeupdate. Z polskiego wpadło nam sześć ocen. U mnie pięć ocen to 3 lub 3+ i jedna 5. Nie jest źle, bo tutaj nie chodzi o brak wiedzy, ale o to, że wypisywałam najważniejsze informacje albo nie opisywałam całej historii, tylko to, o czym była mowa w pytaniu. Przez co nasza polonista wymieniła mnie jako jedną z osób, które nie powinny zdawać rozszerzenia. Klasa ogólnie takim podejściem jest zbulwersowana, że jak można wymieniać z imienia i nazwiska osoby, którym gorzej idzie. Rozumiemy, że jeśli są osoby, które nie umieją pisać rozprawki podstawowej czy nie znają lektur z gwiazdką to można im odradzać maturę rozszerzoną, ale ja mam 4 z rozprawek i raczej ogarniam lektury. Jeśli chodzi o kwestię wymagań z innych przedmiotów rozszerzonych (biologia i historia), to Pani z historii odpuszcza osobom, które nie zdają matury, daje prostsze sprawdziany, ale pod warunkiem, że nie będą przeszkadzać na lekcji. Mniej kolorowo jest na biologii. Ostatnio mieliśmy sprawdzian, który wydawał się prosty, a skończyło się tak, że najwyższą oceną było 3, które miało 5 osób. Według Pani do lutego (czyli do złożenia ostatecznych deklaracji) może się wszystko zmienić, więc nie ma sensu odpuszczać 13 osobom, które nie zdają matury. Pani z angielskiego (nasza wychowawczyni, tak by the way) zachęca do chodzenia na zajęcia dla osób chcących zdawać maturę rozszerzoną. 


Jeśli chodzi o tematy filmów, które mam przygotowane, to są to:

- Usuwanie obraźliwych komentarzy = tchórzostwo?
- Jak przestać być zazdrosnym?
- Co myślę o studiach?
- Dlaczego nie chcę iść na studia zaoczne?
- Podsumowanie kolonijnej przygody
- Organizacja i sprzątanie mojej szafy
- Pomysły makijaży na studniówkę/inne wyjścia
- Outfit of the week

Piszcie, co Was interesuje, co chcielibyście zobaczyć, a co najmniej Wam się podoba. Piszcie też, czy zdjęcia z postu Wam się podobają. Robiłam je samowyzwalaczem i nie wiem czy umieszczać takie coś na blogu. Wiem, że ostrość nie jest idealna, ale zazwyczaj używam aparatu do nagrywania, więc jeszcze muszę popracować nad ustawieniami w opcji robienia zdjęć.

ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!
Snapchat: zujubeth
Jeśli mnie zaobserwujesz- powiadom mnie o tym :)



niedziela, 16 września 2018

LICEUM CZ.5 I KLASA MATURALNA

Hej hej!
Przez przypadek trafiłam na swój post z zeszłego roku, o którym, jak i o całej serii, kompletnie zapomniałam. W Liceum cz.4 I Pierwsze półrocze drugiej klasy pisałam Wam o problemach z matematyką i biologią. W Podsumowaniu drugiej klasy mówiłam Wam o tym, że część nauczycieli z rozszerzeń będzie dawała łatwiejsze sprawdziany i będzie mniej wymagająca dla uczniów nie zdających matury z tego przedmiotu. Jak się to ma w praktyce? Zadziałało to tylko na historii, ale tylko jeśli część klasy niezdająca matury nie będzie przeszkadzać na lekcjach. Na biologii wejdzie to dopiero w lutym, dlatego, że Pani nauczycielka uważa, że do ostatecznej deklaracji może nam się wszystko odmienić. Jeśli chodzi o sprawę matematyki- został nam zmieniony nauczyciel. Obecna Pani tłumaczy nam wszystko prostym językiem oraz tłumaczy wszystko, co ważne, na przykład wzory, które powinniśmy znać. Tłumaczy nam, dlaczego dany wzór wygląda tak, jak wygląda. Również prowadzi zajęcia dodatkowe dla nas 2x w tygodniu (poniedziałki dla dziewczyn, środy dla chłopców) i sprawdza zadania domowe oraz je tłumaczy. Abstrahując od nauczycieli, trzecia klasa to okres matur i studniówek. My swoją mamy w jednym z hoteli Gołębiewski, w ostatnią sobotę przed feriami, czyli na początku lutego. Na pewno na instagramie będzie relacja i pojawią się zdjęcia, więc zapraszam do obserwowania.  Jeśli chodzi o ferie i przerwy świąteczne, to pierwszy semestr kończy się 17 grudnia, więc bardzo szybko. Jeśli chodzi o dojazdy do szkoły, to pojawił się zbiorowy problem z przewoźnikami: usunięte autobusy o kluczowych godzinach (jak np. 6 rano czy 16), brak miejsc, brak przejścia, drożejące bilety, z czego i tak nie mając czym wracać wydaje się dodatkowe pieniądze na inne linie lub niezatrzymujące się autobusy na przystankach. Na przykład ja, bez zajęć dodatkowych, inną linią niż mam wykupiony bilet miesięczny, wracam poniedziałek, środa, piątek (chociaż w piątki mogę jeździć autem, jednak nie ma bezpłatnych miejsc parkingowych, a kwoty są duże). Z zajęciami dodatkowymi inną linię wybieram we wtorek, środę i piątek. Więc patrząc na zestawienie, to wracam ,,swoim'' busem tylko 2 razy w tygodniu. Jeśli miałabym wykupić miesięczny na inną linię to spóźniałabym się do szkoły jakieś 15 minut. Tylko w ,,mojej'' linii można kupić bilet w jedną stronę, ale już na tej drugiej trzeba kupić cały. Ale były przeprowadzane ankiety w internecie, szkołach i na dworcu właśnie na temat przewoźników. Mam nadzieję, że to wszystko zmieni się dość szybko, bo jednak wracanie w zatłoczonym busie (od tygodnia jest luźniej w busie), przeciskanie się przez tłumy z wielkim plecakiem, załatwianie transportu lub spóźnianie się do szkoły, bo autobus się nie zatrzymał lub został usunięty oraz płacenie dodatkowych pieniędzy za inne linie,  jest dla wszystkich uciążliwe. Autem nie mogę jeździć ze względu na to, że moi dziadkowie go potrzebują, żeby zawozić moją siostrę do przedszkola, paliwo wyszło by mi dwa razy drożej niż miesięczny, a parkingi też wyszłyby mi około 100 złotych na miesiąc (czyli parę złotych więcej niż mój miesięczny). Własnego samochodu nie kupuję w tym roku ze względu na to, że nie mam pracy, a nie chcę dokładać rodzicom kolejnego (trzeciego) samochodu do utrzymania i czwartego do tankowania, bo wiadomo, że to wszystko kosztuje. Poza tym na razie mam za mały budżet, żeby kupić porządny samochód, a za rok może uda mi się po maturze znaleźć pracę i budżet się zwiększy, więc i autko będzie nowsze i w lepszym stanie, bo na razie jak szukałam to miały dość poważne uszkodzenia, które sporo kosztują. 
Wracając do tematu początku trzeciej klasy liceum: sam początek był dobry, mamy ustalone kilka sprawdzianów, co tydzień jest sprawdzian powtórkowy z polskiego i kartkówki z biologii. W poniedziałki po południu mamy dodatkową matematykę, we wtorki- historię, w środę rano (nie mam za bardzo jak tam dojeżdżać więc będę się spóźniać 20 minut) mamy zajęcia z języka polskiego, które przygotowują do matury ustnej. 
Jeśli coś Was interesuje, to odsyłam Was do filmu School Tag lub zachęcam do zadawania pytań. 



ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!
Snapchat: zujubeth
Jeśli mnie zaobserwujesz- powiadom mnie o tym :)