środa, 10 kwietnia 2019

JAK UCZĘ SIĘ DO MATURY?

Hej hej!
W dzisiejszym poście mam dla Was moje przybory, rzeczy, książki, pomoce, które służą mi do nauki do matury. Ja maturę zdaję z czterech przedmiotów: języka polskiego (oba poziomy), matematyki, j. angielskiego i historii. O ile, jak może wiecie, pierwsze trzy przedmioty mam przez trzy dni podrząd, tak na historię muszę czekać do dwudziestego maja. Siedemnastego maja mam maturę ustną z języka polskiego, a dwudziestego drugiego- z języka angielskiego. Obie te matury mam w godzinach popołudniowych, a wręcz późno popołudniowych. Jednak o moich wrażeniach porozmawiamy później, a teraz skupmy się na teraźniejszości. 


J. Polski



Zacznę od języka polskiego, ponieważ po pierwsze: jest to pierwsza matura, a po drugie- piszę go na obu poziomach. Jak dla mnie najważniejsze są lektury. Poniżej znajdziecie zdjęcia, jak w środku wygląda moje opracowanie lektur. Na zdjęciu wyżej widzicie, że mam dwa, ale są one z tego samego wydawnictwa (Adamantan), tylko to białe, jest nowsze. Oprócz opracowań lektur, sięgnę również do repetytorium Zdasz.to z wydawnictwa WSIP. Przerabialiśmy go w pierwszej klasie, zawiera on tematy związane z nauką o języku, więc powtórzę sobie najważniejsze rzeczy, które lubią powtarzać się na maturze lub brane są pod uwagę przy zadaniach otwartych typu rozprawka, interpretacja, wypowiedź argumentacyjna (zdjęcie przykładowej strony macie poniżej). Również parę razy udało mi się zrobić notatki z poszczególnych epok. Na zdjęciu widzicie również (przykładowe) zagadnienia do matury ustnej, które możecie znaleźć na stronie CKE, w zakładce materiały dla uczniów i nauczycieli








Matematyka


Matematyka, czyli przedmiot, który spędza sen z powiek naszej klasie.  O ile zmieniono nam nauczyciela i zrozumieliśmy bardzo dużo, tak w naszym mniemaniu, te parę miesięcy w porównaniu do dwóch lat braków daje zbyt mało. Przez ferie zimowe zrobiłam arkusze maturalne z lat 2015 do 2018 z podstawowej matematyki, a w szkole mieliśmy co tydzień zadania z różnych arkuszy. Dlatego, znając schemat matury z matematyki, postanowiłam wykorzystać strajk nauczycieli i obecność trzech zbiorów zadań z matematyki, żeby przez przypadek nie zrobić arkusza, który już robiłam.  Pozwólcie, że zrobię Wam małą recenzję, a właściwie opis tych książek, a później przedstawię Wam strony internetowe, które znalazłam z zadaniami maturalnymi. 

ABC MATURZYSTY - nie jest to typowy zbiór zadań, ze względu na to, że w typowych zbiorach mamy same zadania, często bez wytłumaczenia sposobu zrobienia. Tutaj to mamy, jednak strony są słabej jakości. Bardzo ta książka wyglądem przypomina naszą książkę do matematyki (Poznać, zrozumieć 3), więc z tego względu jej nie polecam. Jednak dużym plusem jest to, że jako jedyna z tych trzech książek, które posiadam, jako jedyna ma sensowne rozwiązania zadań. 




KOMPENDIUM z wyd. Zielona Sowa- tutaj oprócz zadań, znajdziemy również wzory, wytłumaczenie zadania, jednak w o wiele lepszy sposób niż w poprzedniej książce. Ponadto, jeśli ktoś chciałby się sprawdzić lub po prostu- zdaje maturę rozszerzoną z matematyki, to tutaj znajdziemy również zadania z poziomu rozszerzonego. Dodatkowo z tyłu znajdziemy odpowiedzi do zadań, a przy niektórych treściach nawet rozwiązania, jednak w porównaniu do ABC Maturzysty, jest to niewielka ilość.  




ZBIÓR ZADAŃ MATURALNYCH - tutaj już mamy typowe zadania z matury. W niektórych momentach (głównie przy zadaniach zamkniętych) pojawiają się powtórki z teorii. Jest to książka, którą poleciła nam nowa nauczycielka i z której czasami korzystaliśmy. Niestety znajdują się w niej tylko odpowiedzi. 



TESTY DLA MATURZYSTY  - jest to strona typowo testowa, ale zawiera również arkusze z wszystkich możliwych przedmiotów (tylko zadania zamknięte), które można zdawać na maturze oraz zawiera wskazówki do rozwiązania zadań ze wszystkich maturalnych przedmiotów. Po rozwiązaniu testu, pokazuje Wam wasz wynik w procentach, ilość dobrze i źle zrobionych zadań oraz ile procent osób wybrało tą samą odpowiedź co Wy. Niestety przy źle zaznaczonych odpowiedziach nie ma uzasadnienia wyniku, jednak bardzo łatwo można znaleźć rozwiązanie zadania na innych stronach, między innymi na tej, o której piszę poniżej. 

SZALONE LICZBY - jest to strona, z której korzystałam ucząc się na kartkówki z arkuszy maturalnych. Korzystam z niej również teraz, robiąc testy z arkuszy na stronie wspomnianej wcześniej oraz kiedy chcę zrobić zadania maturalne.  Tutaj już niestety (lub stety) sami musimy policzyć sobie swój wynik. Na stronie znajdziecie arkusze próbne, majowe, czerwcowe i sierpniowe. Oprócz odpowiedzi, macie również opcje zobaczenia rozwiązania zadania, co dla mnie jest bardzo ważne i sprawia to, że ze strony Szalone Liczby lubię korzystać.


J. Angielski


Jeśli chodzi o język angielski, to najważniejsze są czasy i nieregularne formy czasowników. Na zdjęciu wyżej widzicie tylko stronę bierną, ale planuję rozpisać w taki sposób wszystkie czasy, ponieważ z nimi mam największy problem. 



Historia


Przy tym przedmiocie włączył mi się tryb jest dużo czasu. Teoretycznie jesteśmy z powtórkami w nowożytności, jednak ja nie pamiętam nic albo niewiele ze wcześniejszych okresów. Z racji tego, że w książce jest ogrom materiału i stron, postawiłam na notatki. Te, które są załączone na powyższym obrazku pochodzą ze strony Heleny Tomaszewskiej. Niestety na drukowanie większości notatek wykorzystałam cały tusz i całą ryzę papieru, więc część notatek będę musiała przerobić elektronicznie, chyba że uda mi się kupić tusze i papier, a niestety pomimo tego, że moja drukarka była dość tania, tak tusze są drogie (70zł/sztuka) i nie umiem znaleźć tańszych zamienników. 
Myślę, że wykorzystam również moje zeszyty z gimnazjum (jestem świadoma różnicy wiedzy między historią w gimnazjum, a rozszerzeniem w liceum). 

O tym, czy te metody mi się sprawdziły, to dowiecie się w czerwcu, kiedy poznam wyniki matur i nagram podsumowanie. Myślę, że w jakimś vlogu zrobię update jak idzie mi nauka i jak mi się pracuje na tych sposobach. 

MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

niedziela, 7 kwietnia 2019

PRZEGLĄD MOICH KOSMETYKÓW I PALETY CIENI

Hej hej!
Po dłuższej przerwie wracam do Was z przeglądem moich kosmetyków. Tym razem zajmiemy się cieniami do powiek. Zacznę może od tych, które najmniej mi się sprawdzają, a zakończę na, według mnie, najlepszych. Na końcu posta zobaczycie swatche tych cieni. 



Jeśli chodzi o produkt, który najmniej mi się sprawdził, ma najmniejszą pigmentację, to jest to Biały cień z Oriflame. Nie będę wypisywać Wam jego wad i zalet, ponieważ dla mnie cień do powiek jest dobry, gdy ma dobrą pigmentację, a ten cień nie ma żadnej. 




Kolejną paletą, a w zasadzie mini-paletką są cienie Wibo Silk Wear. Były to cienie, które okazały się wielkim rozczarowaniem. Według mnie nie nadają się ani na powieki, ani do brwi (kiedyś zamiast pomady używałam cieni i niektóre mi się sprawdzały). 




I teraz przechodzimy do palety, która jest dobra, jeśli chodzi o nie-matowe cienie. NYC Lovatics by Demi nr 010 Showtime , bo o niej mowa, oprócz trzech ostatnich kolorów, składa się z błyszczących cieni, dlatego ja używam jej głównie do wewnętrznego kącika. Pigmentację ma średnią, ale jeśli zwilżymy pędzel, można ją wzmocnić. 



Ostatnią już paletą jest Makeup Revolution Flawless 3 Resurection. Jest ona odwrotnością paletki z NYC, jeśli chodzi o cienie- tutaj znajdziemy większość cieni matowych i tylko parę błysków. Jeśli chodzi o pigmentację, to w porównaniu z cieniami Wibo i Oriflame jest ona dobra. Jeśli chodzi o użytkowanie, to jestem bardzo zadowolona. 


Podsumowując
NYC i Revolution to paletki, które najlepiej jak na ten moment mi się sprawdzają. Jeśli robię makijaż, to łączę cienie z obu tych palet, zależnie od potrzeb. 

MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

piątek, 1 lutego 2019

STUDNIÓWKOWY HAUL ZAKUPOWY

Hej hej!
Jako, że moja studniówka już za tydzień, postanowiłam, że pokażę Wam produkty, które kupiłam z tej okazji. Zbiorczy post, w którym pokażę wszystko, ukaże się po studniówce. Wtedy też zobaczycie mój film z przygotowań. Planuję zrobić go bardziej artystycznie. Na razie mam gotowy wstęp, z którego jestem bardzo zadowolona. Co prawda zastanawiam się nad podkładem muzycznym. Niby cały montaż mam pod jedną melodię, ale znalazłam jednak trzy piosenki, które bardzo mi się podobają. Jednak przejdźmy do meritum posta i haul'u. 



Pierwsze rzeczy zaczęłam kupować jakoś trzy tygodnie temu. Wtedy to kupiłam Fixer do makijażu z Bielendy, Pomadkę z Eveline, biżuterię, zmywacz do lakierów hybrydowych i lakier z MyLaq. Tydzień później zamówiłam trzy lakiery hybrydowe z HiHybryd. Na studniówkę użyję 214 i 104. Mniej więcej w tym samym czasie kupiłam jeszcze jedną pomadkę- tym razem HEAN z serii Luxury. Wczoraj kupiłam podwiązkę, ponieważ rozmawiałam z dziewczynami na ten temat i zdecydowana większość będzie je miała. 









Pomimo tego, że wcześniej byłam bardzo negatywnie nastawiona do studniówki, to teraz moje podejście powoli się zmienia. Bardzo denerwuje mnie fakt, że kilku rodziców stwierdziło, że fotograf jest za drogi (maksymalnie 5 zł od osoby), a będą fotościanki i inne rzeczy, które według mnie nie dadzą takiej pamiątki jak film. Jedyne co, to może nauczyciele nagrają poloneza, ale czy to gdzieś udostępnią? 


MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

sobota, 26 stycznia 2019

#lifeupdate I TORBIEL ZNIKNĘŁA

Hej hej!
Jako, że ostatni post był miesiąc temu, postanowiłam napisać dla Was coś nowego. Jednak dalej pozostaniemy sobie w kwestii zdrowia, ponieważ chciałabym pokazać Wam, co i jak może się zmienić w przeciągu miesiąca. Jeśli nie znacie całej historii to zapraszam Was do dwóch postów: TORBIEL KRWOTOCZNA JAJNIKA - moja historia i Byłam w szpitalu I PRZESTROGA
Zacznę od tego, że ogólnie wszystko jest w porządku. W środę byłam na kontroli u innego ginekologa i dowiedziałam się, że torbiel zniknęła. Niestety (albo i stety) trafiłam na Panią doktor, która jest przewrażliwiona na punkcie nowotworów, zdrowia, ekologii i wegetarianizmu (przez co ma złe opinie w internecie, bo wielu osobom to przeszkadza). Pomimo tego, że wielu dermatologów odradza usuwanie znamion, do czasu aż się nie zaczną zmieniać, to Pani doktor kazała mi iść do lekarza rodzinnego (tak by the way, jej znajomej) po skierowanie do chirurga i ona zadzwoni mi do swojego męża i on mi to wytnie. Kazała również zrobić sobie markery nowotworowe (które nie są tanie). Oczywiście za wizytę zapłaciłam trochę więcej niż było założone, ale trudno.  Mam teoretycznie do niej wrócić, by odebrać wynik cytologii i wtedy mam mieć skierowanie do chirurga. Szczerze? Zraziła mnie trochę do siebie. Była rzetelna i wyszło mi parę nowych rzeczy, ale namawianie kogoś i ustalanie diety i sposobu życia (godzina ćwiczeń codziennie, codziennie koktajle z nasion chia i goia) to dla mnie przesada. Poza tym ona należy do lekarzy nie przepisujących antykoncepcji, a nie chciałabym płacić 150 do 200 złotych komuś, kto nie pasuje mi osobowością i podejściem. 


Kolejną rzeczą, która zabiera mi sporo czasu, jest nauka do matury. Na razie polega ona na ogarnianiu bieżących rzeczy i cotygodniowym robieniu matur. Za dwa tygodnie mam studniówkę, a potem ferie. Na pewno pojawi się filmik na kanale z moich przygotowań, ale nie będzie to takie typowe GRWM, przynajmniej taki mam plan, żeby to było coś bardziej artystycznego. Na razie zbieram rzeczy i gonię z sukienką do krawcowej (wszystkie rzeczy możecie zobaczyć na moim studygramie, w zakładce Studniówka, ale jeśli chcecie to mogę pokazać Wam biżuterie i kosmetyki, których planuję użyć i moje inspiracje z Pinterest dotyczące makijażu i fryzury).  

Wiem, że wpis jest nieogarnięty, krótki. Nie mam sił, czasu i pomysłów na nowe posty. Niby ferie powinny być luźniejsze, ale wtedy chciałabym przysiąść nad historią. Jakoś niespecjalnie wyrabiam z nauką do niej, a jednak bardzo mi na niej zależy. 

MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

sobota, 29 grudnia 2018

TORBIEL KRWOTOCZNA JAJNIKA - moja historia

Hej hej!
Pamiętacie post, w którym omawiałam Wam co się działo z moim organizmem pod wpływem stresu? W pewnym momencie pisałam Wam o moich około miesiączkowych objawach i o tym, że lekarka dla pewności wysłała mnie na USG, ale uspokajając, że nie powinno w nim wyjść nic niepokojącego, ponieważ ona w badaniu nic nie czuje. Jeśli nie znacie tego posta lub chcecie sobie przypomnieć, to link macie tutaj. Na to badanie (USG) miałam wybrać się zaraz po miesiączce, żeby obraz był lepszy. Niestety wypadało to w okresie przedświątecznym, więc stwierdziłam, że poczekam do następnego miesiąca. Niestety, ale sytuacja zmusiła mnie do dwóch badań USG, co drugi dzień, które pokazały dwie zupełnie inne rzeczy. 



Wszystko zaczęło się od czwartku, w zeszłym tygodniu. Sytuację opisywałam tutaj, więc nie chcę ponownie o tym pisać i dokładać Wam treści do czytania. Ale w skrócie wyglądało to tak, że w czwartek zaczął bardzo boleć mnie brzuch po lewej stronie, w okolicach nerki. Po dotarciu na przystanek w mieście, gdzie chodzę do szkoły, zaczęłam wymiotować. Wróciłam do domu, pojechałam do lekarza rodzinnego, który stwierdził grypę żołądkową, ale na ból dał mi zastrzyk  z No Spy. Następnego dnia było to samo, ale tym razem trafiłam na SOR. Tam lekarz tylko mnie ,,po dotykał'', nie zrobił żadnych dokładniejszych badań, stwierdził zastój treści jelitowej i przepisał Laktulozę oraz po moich prośbach zlecił pielęgniarce zrobienie mi zastrzyku z No Spy. Teraz przejdźmy do właściwej historii. 

Przez kolejne trzy dni miałam spokój. We wtorek znowu zaczęłam zwijać się z bólu i wymiotować. Tata ponownie zawiózł mnie na SOR, ale tym razem lekarz rodzinny, do którego najpierw trafiłam, skierował mnie na dalszą konsultację. Trafiłam na młodą lekarkę, która po wysłuchaniu historii stwierdziła kolkę nerkową. Zleciła morfologię, badania moczu, podpięła pod kroplówkę, a później zrobiła USG. Na tym ostatnim badaniu wyszły złogi w lewej nerce, czyli piasek lub kamica. Ona stwierdziła, że to nie jest typowy kamień. Z lekami przeciwbólowymi i antybiotykiem puściła mnie do domu. 

Następnego dnia znowu dopadły mnie wymioty. Co zjadłam, wypiłam, łącznie z tabletkami, zwymiotowałam. Dlatego kolejny raz tata zawiózł mnie na SOR. Tam powtórzyła się sytuacja z piątku, czyli zero badań, lekarz stwierdził, że to przez leki przeciwbólowe, ponieważ jest tam substancja, która osobom starszym nic nie robi, a młodzi ludzie po niej wymiotują. Ale dla pewności dał mi karteczkę, żeby następnego dnia zgłosić się do urologa. Wspomnę Wam, że moja mama dla pewności zapakowała mi rzeczy do torby, gdyby postanowili zostawić mnie na obserwacji. 

Zgłosiłam się. Chociaż objawy przeszły, nerka aż tak bardzo nie bolała, to dla pewności zgłosiłam się do specjalisty (wzięłam również torbę z rzeczami). Żeby się do niego dostać miałam drobne problemy, ponieważ dzień wcześniej lekarz powiedział, że mam zgłosić się przez rejestrację na SORze, a tam powiedzieli, że mam od razu udać się na oddział. Na oddziale powiedzieli, że bez karty informacyjnej historii choroby nie mogą  mnie przyjąć, więc znowu wróciłam na SOR, gdzie dali mi tą kartę i z ratownikiem medycznym poszłam na oddział. Tam urolog zrobił mi USG, stwierdził, że coś się z tą nerką dzieje, ale... . No właśnie, ale. Ale poważniejszym problemem jest torbiel na lewym jajniku. Wróciłam na SOR, gdzie wysłali mnie pod gabinet konsultacyjny. Tam sobie poczekałam z jakieś dwie godzinki, mój tata zdążył wrócić do domu i zabrać torbę, ponieważ spieszyło mu się do pracy i uznaliśmy, że jeśli miałabym zostać  to mama później dowiezie mi rzeczy. Lekarka, tym razem inna (chirurg dziecięcy, ta poprzednia nie wiem jaką miała specjalizację, ponieważ na pieczątce jest tylko imię i nazwisko). Zrobiła mi morfologię, CRP, badania moczu, RTG i USG [ale tym razem na oddziale diagnostycznym (nie wiem jak to nazwać, ale chodzi o to, że nie na SORze jak miałam poprzednią, ale tym razem przez kogoś hm.. bardziej wykwalifikowanego w tym temacie, ponieważ później stwierdziła, że moja pierwsza lekarka nie ma tyle kompetencji, by dobrze przeprowadzić USG)] . Skonsultowaną mnie z ginekologiem, który potwierdził torbiel i zalecił obserwację przez trzy miesiące. 

Podsumowując:
Na ostatnim wypisie mam stwierdzone: kolkę nerkową, zapalenie dróg moczowych, torbiel krwotoczną lewego jajnika. I niestety, o tą torbiel się wszystkim najbardziej rozchodzi. Wiem, że żeby najpierw podjąć jakieś działania, to muszę mieć zdrowy organizm, a nie stan zapalny (CRP przewyższa normę o ponad 3 razy, leukocyty też są powiększone). Kilka osób w mojej rodzinie mówi o zmianie lekarza, pójścia gdzieś prywatnie, ale kurde...! Jaki jest sens wydawać 200 czy 300 złotych w tym momencie, żeby usłyszeć to samo?  Jeśli wyleczę stan zapalny i moją nerkę, to wtedy pomyślę nad prywatną wizytą u lekarza. Zastanawiam się tylko, czy nie pójść w stronę innego szpitala, gdzie wszyscy w mojej rodzinie decydowali się na operacje, czy to migdałków czy guza mózgu. Pomijając fakt, że szpital, do którego ja jeździłam nie ma dobrej opinii, dużo ludzi woli jechać 40 km dalej. 
Jeśli chodzi o samą torbiel i operację, to orientowałam się w tym temacie (poradnikzdrowie, mamaginekolog) i prawdą jest to, że ta torbiel bardzo często wchłania się (co dla wielu jest dziwne, że jak takie coś może ot tak się wchłonąć), nie wymaga operacji ( z czym nie do końca zgadza się moja rodzina), a lekarze niechętnie operują młode dziewczyny, które nie rodziły. Nie wiem czy to ma znaczenie, ale torbiel wykryto u mnie w okresie około owulacyjnym (dzień, dwa po planowanej dacie owulacji), co może mieć wpływ na tą torbiel, jeśli popatrzy się na to, jak wygląda proces powstawania torbieli. Podejrzewam, że u mnie zaczęło się to w wakacje, ponieważ wtedy moja miesiączka zmieniła się. Stała się bardziej bolesna, wydłużyła się do siedmiu dni, w okolicach czwartego dnia praktycznie nie mam krwawienia, a następne trzy dni mam normalnie. 
Obecnie czuję się dobrze, praktycznie nie są potrzebne mi leki przeciwbólowe, raz zdarzyło mi się, że wzięłam No Spę Forte, czuję, że z nerką już jest lepiej, ale i tak mam zapisać się do poradni urologicznej dla pewności. 

Dziewczyny!
Obserwujcie swój organizm! Z każdą niepokojącą rzeczą idźcie do lekarza! Badajcie się, nie odkładajcie takich rzeczy na później!

Prosiłabym Was o udostępnianie tego postu. Chcę, żeby trafił on do jak największej liczby dziewczyn, ponieważ torbiele, endometrioza czy PCOS są coraz częstszym problemem. 
MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

niedziela, 23 grudnia 2018

Byłam w szpitalu! PRZESTROGA!

Hej hej!
Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić sytuacją, która zdarzyła mi się w piątek wieczorem. Chciałabym tą sytuacją przestrzec Was albo i pokazać, że czasami nie warto przytakiwać lekarzom (chociaż ja to poniekąd zrobiłam). Ale zacznę od początku. 
W czwartek, o siódmej rano, kiedy wyszłam z domu na przystanek, zaczęło mnie boleć po lewej stronie brzucha. Pomyślałam, że to może być od torebki, która tego dnia była dosyć ciężka. Kiedy dojechałam do miejscowości, gdzie chodzę do szkoły (ok. 25 minut później), zrobiło mi się niedobrze. Zadzwoniłam do domu, żeby tata po mnie przyjechał (czułam, że nie dojdę do szkoły, a nawet jeśli, to szybko będę musiała z niej wyjść) i pobiegłam wymiotować. W domu zaczęłam zwijać się z bólu, więc dziadek zawiózł mnie do lekarza rodzinnego. Wcześniej dzwoniłam do poradni diagnostycznej, żeby dostać się na USG prywatnie, ale już nie było lekarzy. Również pani w przychodni miała problem mnie zarejestrować, ponieważ były szczepienia. Ale po namowach, powiedziała, żebym przyszła i poczekała. Czekałam około godzinę, ledwo mogłam usiedzieć na ławce. W końcu pielęgniarka mnie poprosiła i powiedziała, że Pani doktor mnie przyjmie, ponieważ jestem strasznie blada i fioletowa. Pani doktor mnie zbadała i stwierdziła, że to grypa żołądkowa, ale dała mi zastrzyk przeciwbólowy. Okazało się, że nie ma dokładnie tego, który miałam dostać, więc dostałam No Spe domięśniowo. Trochę pomogło i wróciłam do domu. To, co zjadłam i wypiłam (łącznie z tabletkami np. Nospa) to zwymiotowałam.
Następnego dnia aż do osiemnastej było wszystko w porządku. Trochę bolał mnie brzuch, ale gdy zbliżała się wcześniej wspomniana godzina, to znowu zaczynałam wymiotować. Później było jeszcze gorzej. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że bolało bardziej niż dzień wcześniej. Jak zawsze bałam się szpitali i nie chciałam mieć z nimi nic wspólnego, tak teraz błagałam, by mnie zawieźli na SOR. Na miejscu byliśmy około 18:30. Pani w rejestracji niezbyt chciała mnie zarejestrować, ale po wytłumaczeniu, że nie dostałam się na badanie USG i żadne lekarstwa mi nie pomagają, kazała czekać na ratownika medycznego. Ratownik mnie zbadał, sceptycznie podszedł do mojego problemu, ale w końcu mnie wysłał do gabinetu. Trochę poczekałam, ponieważ przede mną były dwie osoby. W między czasie szłam wymiotować i leżałam na dwóch fotelach, ponieważ inaczej nie umiałam. W końcu, ledwo stojąc na nogach, weszłam do gabinetu. Opisałam lekarzowi problem, on mnie zbadał. Nie wykonał USG, chociaż co najmniej dwa razy wspominałam, że wolałabym je mieć. Lekarz zaproponował mi, żebym brała w domu No Spe. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

D: Weźmie sobie Pani No Spe i powinno przejść
J: Ale ja brałam No Spę i nic nie pomogło, a dodatkowo ją zwymiotowałam
D: To niemożliwe, żeby ją Pani zwymiotowała
J: Ale zaczęłam wymiotować zaraz po niej. Nie może mi Pan dać czegoś przeciwbólowego(?), bo zaraz nie wytrzymam.
D: No dobrze, to damy No Spe domięśniowo
Trochę sobie poczekałam na zastrzyk, ponieważ doktorek nie ogarniał systemu. Bardzo zastanawia mnie fakt, że żaden lekarz nie zwrócił uwagi na moje problemy z nerkami, o których wspominałam. Tylko pani doktor rodzinna wspomniała, że wypadałoby zrobić badania (ale zlecenia nie dostałam). 
Po świętach chciałabym jak najszybciej wybrać się na USG, nie tylko te, które zleciła mi Pani ginekolog, ale również na takie ogólne USG. 
Myślę, że gdyby nie filmiki Aga in America o tym, że nie należy w 100 % ufać lekarzom, to nie znalazłabym w sobie siły, żeby w pewnym stopniu się zbuntować i postawić na swoim. Mogłam być bardziej stanowcza w kwestii USG, ponieważ jak piszę ten post to znowu mnie boli. Co prawda nie zwijam się z bólu, ale No Spe musiałam zjeść. 

Na pogotowiu byłam również we wtorek. Tym razem trafiłam na lekarzy, którzy mnie zdiagnozowali. Miałam podaną kroplowkę, zrobioną morfologię i USG. Pomęczę się jeszcze przez miesiąc, ponieważ ból jest spowodowany złogami w nerce, które chcąc wyjść, zatykają kanaliki. 

MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

sobota, 1 grudnia 2018

JAK STRES WPŁYNĄŁ NA MOJE ZDROWIE

Hej hej!
O tym, że długotrwały stres wpływa negatywnie na organizm człowieka, wie chyba każdy. Ale nie każdy wie, jakie to może dawać nietypowe objawy. UWAGA!  Tym postem nie chcę zniechęcić Was do pójścia do lekarza, bo nie zawsze stres jest przyczyną różnych dolegliwości. Chcę Wam po prostu przedstawić moją historię i może przekazać, że czasami nie warto się stresować. Opowiem Wam o dwóch etapach w moim życiu, w których miałam dolegliwości, które wyglądały groźnie i mogły wskazywać na poważne choroby, a okazały się wynikiem stresu. Dwie ostatnie historie działy się w jednym czasie, dość niedawno, bo zaczęły się pod koniec zeszłego roku szkolnego. 


Zacznę od tego, że mój organizm zawsze źle reagował na stres. Czy to bardziej czy mniej odczuwalny stres, ja zawsze inaczej się czułam. Zaczęło się od problemów z jelitami, podejrzeniem Leśniewskiego-Crohna (z perspektywy czasu i po zdobyciu informacji na temat tej choroby, wiem, że to była gruba przesada). Pomijając fakt, że objawy, które występują w tej chorobie, nie występowały u mnie. Również podejrzewano nietolerancję laktozy ( do dzisiaj rzadko używam mleka i nabiału).  Badania nic nie wykazywały, chociaż w najcięższych momentach istniało ryzyko wyłonienia stomii. Dolegliwości przeszły mi w gimnazjum, chociaż przez te pięć/sześć lat spokoju miałam jeden epizod i to niedawno, w którym bałam się, że to wszystko wróciło.


Od września, co rano, niezależnie od tego czy zjadłam śniadanie czy nie, miałam mdłości. I to takie, że później strasznie bolał mnie żołądek. Nie wymiotowałam, po prostu dość mocno mnie naciągało podczas mycia zębów, a nawet w momencie, gdy nachylałam się nad umywalką by umyć twarz. Przestałam jeść śniadania, bo myślałam, że może mój organizm nie jest gotowy, by o 6 rano przyjmować pokarm, ale jednak to nie było zależne. W listopadzie jakoś to ustąpiło, pojawiało się sporadycznie. To, co działo się ze mną, w połączeniu z tym, co się u mnie działo, dało mi obraz nerwicy żołądka, która występuje u mnie w rodzinie. 


Pod koniec drugiej klasy liceum zaczęłam mieć dziwne dolegliwości w czasie miesiączki. Skurcze, dziwny ból, wydłużenie krwawienia do siedmiu dni w połączeniu z moimi wcześniejszymi wynikami USG dość mocno mnie niepokoiły. W końcu, po kilku miesiącach (nie bierzcie ze mnie przykładu) udałam się do lekarza. Trzęsłam się jak osika. Ile teraz słyszy się  o endometriozie bagatelizowanej przez lekarzy u dziewczyn w moim wieku. Lekarka zrobiła wywiad, zbadała mnie (shit!) i znowu trochę ze mną pogadała. Wypytała o dolegliwości w rodzinie i choroby, ale uspokoiła mnie, że na mięśniaki i nowotwory jest za wcześnie, ale warto się badać i pilnować swojego zdrowia. Spytała mnie, w której jestem klasie i powiedziała, że te dolegliwości, które mam mogą wskazywać na stres, w szczególności, że dolegliwości pojawiły się akurat w tym momencie, gdzie ten stres tak bardzo się nasilił i towarzyszył mi cały czas. Dała mi również zlecenie na USG, bo wiadomo, że daje ono lepszy obraz niż jej badanie, ale stwierdziła, że to USG jest raczej kontrolne i nie powinno tam wyjść nic niepokojącego. Niemniej jednak warto go zrobić, choćby dla świętego spokoju.



MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

poniedziałek, 26 listopada 2018

PRZEGLĄD MOICH KOSMETYKÓW I PODKŁADY

Hej hej!
Dzisiaj przychodzę do Was z Przeglądem moich kosmetyków. Serię tą bodajże zapowiadałam jakiś czas temu, ale kompletnie o niej zapomniałam. Dopiero jak przeglądałam kalendarz w poszukiwaniu inspiracji na post, zauważyłam, że ten post miał pojawić się... 7 listopada! Mam nadzieję, że teraz złapię systematyczność i oprócz life update będą pojawiały się tutaj przeglądy moich kosmetyków. Jednak nie chciałabym, żeby te dwie serie przejęły bloga i będę próbować dodawać tutaj coś innego.



Zacznę może od podkładu, który był moim pierwszym. Jest to  Miss Sporty Perfect Stay 14h nr 002. Jak widzicie mam dwa podkłady z tej serii. Pierwszy- widać, że używany, drugi- kupiony przed moją osiemnastką, użyty raz. Kiedy go kupowałam, myślałam, że w tym pierwszym nie odpowiadał mi tylko kolor. Producent obiecuje, że Podkład zapewnia nieskazitelną, zdrowo wyglądającą cerę aż do 14 godzin. Kontroluje wydzielanie sebum i gwarantuje matowe wykończenie makijażu przez wiele godzin. Lekka formuła nie zatyka porów i pozwala skórze oddychać. Zawiera witaminy A, C, E oraz antyoksydanty, by chronić skórę przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Nie ściera się, nie brudzi ubrań. (źródło: Rossmann)

Wady:
- słabe krycie (albo i jego brak)
- na skórze wygląda jak słaby korektor, a nie jak podkład
- wąska gama kolorystyczna- podkład jest albo za jasny, albo za ciemny
- nie spełnia obietnic producenta
Kiedy wykonywałam nim makijaż w dniu mojej imprezy urodzinowej, musiałam posiłkować się innym podkładem. Ten wyglądał fatalnie na mojej skórze, był widoczny punktowo, wyglądał jakby był użyty miejscami jako korektor. 



W7 High Definition 12h. Jest to podkład, którym posiłkowałam się robiąc makijaż urodzinowy. Zamawiałam go ze strony https://kosmetykizameryki.pl/ i kosztował on około 13 złotych. W opisie znajdujemy informację, że Delikatny podkład kryjący, posiada lekką formułę która równomiernie się rozprowadza nie tworząc efektu maski. Podkład nie pozostawia plam oraz smug oraz nie ciemnieje na twarzy. Wyrównuje koloryt i sprawia, że twarz wygląda na zdrowszą  i promienną. (źródło: kosmetykizameryki). Niestety mój podkład okazał się za ciemny. Nakrętka jest brudna, dlatego, że mieszałam go z jaśniejszym podkładem. Ma on dość klejącą konsystencję, która niezbyt mi się podoba. Krycie jest średnie. Przed zakupem przeglądałam różne filmiki z recenzjami tego produktu, więc jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, to odsyłam do jednego z nich: klik




Oriflame The One. Jest to podkład, którego numerku Wam nie podam, ponieważ nigdzie go nie ma. Jest to mój największy bubel. Jeśli go używam, to tylko by rozjaśnić jakiś podkład (tak jak w przypadku W7).
Wady:
- rozjaśnia twarz
- zbiera się w porach i zmarszczkach
- zerowe krycie
- podkreśla niedoskonałości
- lejąca konsystencja



Teraz pokażę Wam krem BB, który kupiłam z polecenia youtuberki. Bielenda fluid matujący nr 1 naturalny. 
Wady:
- wąska gama kolorystyczna- jak widzicie na opakowaniu są tylko 3 opcje
- ciężka konsystencja
- zbiera się w zmarszczkach i porach
- podkreśla niedoskonałości




Ingrid Ideal Match anti-pollution nr 401 pearl beige. Produkt ten możecie znać z posta Przegląd paczki I Ingrid Cosmetics . Kolor jest dla mnie za ciemny, ale produkt dostałam do zrecenzowania, więc nie miałam wpływu na wybór. Konsystencja jest klejąca, krycie jest średnie. Podkład staje się pomarańczowy po nałożeniu. Jest to produkt, którym trochę się rozczarowałam. 





Pierre Rene Andvanced Lift nr 03. Jest to mój ostatni zakup. Podkład kosztował około 25 złotych, więc jest moim najdroższym podkładem. Z tego co się orientowałam, to są jeszcze jaśniejsze wersje podkładu, ale w mojej drogerii, to ten był najjaśniejszy. Podkład ma bardzo dobre krycie, jest lejący, co mi przeszkadza, dopasowuje się do skóry, łatwo się rozprowadza. Minusem jest to, że zostaje na ubraniach. Ja mam ślad na kurtce, kiedy ocierałam się nią  o szyję. Ale jak na razie jest to mój ulubieniec.


Mam nadzieję, że wpis Wam się podobał. Jeśli macie do niego jakieś zastrzeżenia, na coś bardziej powinnam zwrócić uwagę, czegoś Wam brakuje, to dajcie znać. Jeśli macie któryś z tych podkładów, podzielcie się swoją opinią. 

MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

niedziela, 18 listopada 2018

#lifeupdate I MATURA PRÓBNA

Hej hej!
Dzisiaj przychodzę do Was z postem, który możliwe, że będzie pojawiał się tutaj dość często. Jako iż cały czas mam zajęty nauką, a nie chcę rezygnować z bloga, to raz na jakiś czas będą pojawiały się tutaj posty z serii life update. Ale jeśli nie chcecie takich postów, to postaram się wymyślić coś innego. Jestem bardzo aktywna na studygramie, więc jeśli chcecie częściej mieć ze mną do czynienia to zapraszam Was na mój profil.
https://www.instagram.com/suzane.study/ 

W przyszłym tygodniu zaczynają nam się matury próbne, których termin nie wszystkim pasuje. Dlaczego? Głównie dlatego, że niezbyt mamy powtórzony materiał, a jeśli mamy (jak na j. polskim) to nie mamy zrobionych innych potrzebnych rzeczy, typu rozprawki czy interpretacja porównawcza. 
Z historii nie mamy ani razu napisanej rozprawki ani żadnego działu powtórzonego. Dlatego, jeśli ktoś wykupił jedno rozszerzenie dodatkowe (jedno było w cenie), to np. mając do wyboru polski/angielski lub historię, to w tym tygodniu pisze język polski lub angielski, a historię bierze do domu i będziemy ją rozwiązywać na zajęciach dodatkowych, kiedy zrobimy powtórki i rozprawkę. 
Matematyką niezbyt się przejmuję, ponieważ niewiele osób ją zdaje na próbnej maturze, a jeśli zdają to osoby z rozszerzeń. Ale co się dziwić- matura próbna i ta właściwa pochodzą z innych źródeł. A jeśli chodzi o matematykę ogólnie jako o przedmiot, to myślałam, że pójdzie mi lepiej. Co prawda nie mam zagrożenia, jednak nie są to same trójki jak oczekiwałam. Ale na szczęście jedynki też nie mam. Ale pociesza mnie fakt, że rozumiem, co robimy na lekcji i nie mam problemu z zadaniami. 
Na angielskim jest trochę gorzej. Mam wrażenie, że nic nie umiem, mam problem, żeby sklecić zdanie trochę bardziej wymagające niż na obrazku widzę kobietę i mężczyznę, którzy znajdują się w parku. Para rozmawia i wygląda na bardzo szczęśliwych. Prawda jest taka, że na tegorocznych wakacjach prawie nie używałam angielskiego. Jak jedzenie macie załatwione w hotelu i nie macie zbytnio kasy, żeby ,,szaleć'' to nie ma potrzeby jakiegoś zbytniego porozumiewania się. A we Francji- używałam francuskiego. Z odpowiedzi maturalnej z języka angielskiego miałam niecałe 60%. W wakacje miałam aspiracje, żeby pisać rozszerzony angielski (w zasadzie przydałby mi się), ale po kilku ocenach- zrezygnowałam i nie wpisałam go na pierwszej deklaracji, czego żałuję, bo mogłabym się sprawdzić. Chociaż w domu mam arkusze zarówno z podstawy i rozszerzenia. Zobaczymy- w lutym mogę zmienić przedmioty i jeśli przyłożę się do angielskiego, to dopiszę angielski rozszerzony. Nie da się go nie zdać, a może pójdzie mi trochę lepiej niż podstawowy i zwiększy moją szansę na studiowanie wymarzonego kierunku. Wiem, że to może się diametralnie różnić, nie tak jak rozszerzenie i podstawa na egzaminie gimnazjalnym, ale warto spróbować. Nic nam to nie zaszkodzi, a może pomóc. 



MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!

niedziela, 4 listopada 2018

JAK PRZESTAĆ BYĆ ZAZDROSNYM?

Hej hej!
Przychodzę do Was z kolejnym postem, który miał być filmikiem. A dlaczego nim nie będzie? Ponieważ zamknęłam kanał. Postanowiłam, że zajmę się blogiem, który rozwija się lepiej niż kanał i był moim pierwotnym miejscem w Internecie. Jeśli będę chciała nagrać jakiś filmik, to wrzucę go tutaj, jednak uważam, że większość postów będzie z przemyśleniami, a to łatwiej jest mi napisać niż powiedzieć. 


Zacznę od tego, że będę mówiła o zazdrości wśród młodzieży. Zazdrości, która dotyczy: studiów, samochodu, prawa jazdy, które jest sponsorowane w większości lub w całości przez rodziców. Chciałabym również zaprosić Was do podobnego wpisu, który nosi tytuł: Jak przestałam zaglądać ludziom do portfela?. Warto zaznaczyć, że nie ma jednej uniwersalnej rady jak przestać być zazdrosnym. To przychodzi z czasem i z doświadczeniem. 


Ale jest kilka elementów, które mogą pomóc nam dojść do momentu, gdzie przestanie zazdrościć innym osobom. Oczywiście nie pozbędziemy się tego uczucia w stu procentach, ale zminimalizujemy je do momentu, gdzie przestanie nam tak bardzo przeszkadzać. 

1. Pomyśl, że to wszystko możesz mieć później

Nie wszystko można odłożyć na później. Dobrym przykładem są studia. Niestety, ale jest małe prawdopodobieństwo, że dany kierunek otworzy się blisko nas, tak, że bez problemu będzie nas na niego stać albo zostanie utworzony tryb zaoczny. Ale jeśli chodzi o inne rzeczy: prawo jazdy można zrobić w każdej chwili, własny samochód można kupić kiedy się tylko będzie miało pieniądze- zawsze można iść do pracy. Wiadomo- nie będzie to jakaś nówka sztuka z salonu, ale coś paroletniego, ale zawsze coś. Z biegiem lat można się dorobić. Nie od razu Kraków zbudowano. 

2. Znalezienie pozytywnych stron

Brzmi śmiesznie prawda? Ale przecież pracowanie w trakcie studiów o ile obecnie wydaje się męczące i irytujące, w przyszłości może dać nam duży plus u pracodawcy. Prawdopodobnie zostanie to odebrane jako zaradność i chęć do pracy. Jeśli samemu dojdziemy do własnego samochodu, dobrego wykształcenia, to pomimo wielu upadków, zwątpień, nasza pewność siebie wzrośnie, będziemy bardziej usatysfakcjonowani i docenieni w oczach innych. 

3. Znalezienie innych rzeczy (wartości) które mamy lepsze niż ktoś inny

Co z tego, jeśli ktoś studiuje na wymarzonych studiach na drugim końcu kraju, skoro w wolnym czasie nic nie robi, imprezuje, a z rodzicami nie ma dobrego kontaktu? Pomyśl, że przecież Ty masz kochającą rodzinę, pracę, która daje Ci doświadczenie, które będzie liczyło się później i jesteś bardziej zorganizowany i zaradny, bo np. łączysz studia z pracą.

Piszcie jak to było z Wami. Czy mieliście momenty, w których zazdrościliście znajomym, rodzinie?

MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!
Snapchat: zujubeth
Jeśli mnie zaobserwujesz- powiadom mnie o tym :)




środa, 31 października 2018

CO MYŚLĘ O STUDIACH I DLACZEGO NIE CHCĘ STUDIOWAĆ ZAOCZNIE?

Hej hej!
Przychodzę do Was z kolejnym postem, ale tym razem o tematyce studenckiej, to której teoretycznie coraz mi bliżej. Dlaczego teoretycznie?  Zacznę od tego, że raczej nie należę do osób, którym rodzice z łatwością dadzą pieniądze, żeby utrzymać się na studiach. Z moich obserwacji wynika, że jest to rzadkie zjawisko w moim pokoleniu. U mnie w rodzinie, w szczególności od strony mojej mamy, wszyscy myślą, że mam możliwość zamieszkania w większym mieście, żeby tam studiować. No nie, złote czasy górnictwa się skończyły, poza tym mój tata nie pracuje pod powierzchnią, więc nie zarabia tyle, ile wszyscy myślą. 


Dla mnie studia to po prostu kolejny etap edukacji, dość ważny, w którym licencjat czy inżynierat to podstawa. Dlatego tak bardzo zależy mi, żeby ten etap studiować dziennie. Wiadomo, dla mało którego pracodawcy sam tytuł licencjata/inżyniera się liczy, ale znam osobę, która po licencjacie z ekonomii (z zamiarem kontynuowania studiów magisterskich) aplikowała do pracy na produkcję. Pracodawca zaproponował jej pracę młodszej księgowej, ze względu na to, że już miała licencjat, jakąś wiedzę i chciała kontynuować naukę. 


Studia magisterskie to dla mnie uzupełnienie, ale dość ważne dla potencjalnego pracodawcy. Statystyki przedstawiają, że pracodawcy lepiej patrzą na osoby po studiach magisterskich niż po samym licencjacie czy inżynieracie. Jednak wiadomo, że nie tylko wykształcenie wpływa na to, czy i jaką znajdziemy pracę. Najlepszym przykładem jest moja ciocia- skończyła turystykę, a pracuje w administracji i ogarnia wszystko, jakby była po studiach w tym kierunku, ponieważ do wszystkiego starannie się przygotowuje i zapisuje wszystko, czego się dowie. 


Studia dzienne to według mnie, oprócz tego, że jest to kolejny etap edukacji, to jest to przedłużenie okresu beztroski. Oczywiście pod warunkiem, że nauka przychodzi z łatwością, rodzice pokrywają wszystkie koszty, a student nie musi pracować i martwić się skąd weźmie na czesne, dojazdy czy mieszkanie. Oczywiście przy chęciach i mobilizacji można łączyć studia dzienne z pracą. Wiadomo, nie wszystkie kierunki się da, są takie, na których siedzi się od rana do nocy i nie ma możliwości, żeby połączyć je z pracą popołudniami i zostają tylko weekendy. Jak dla mnie wprowadzenie niedziel niehandlowych w takim systemie w jakim one są, zamknęło trochę drogę niektórym studentom (i nie tylko, bo to też uszczupliło budżet wielu rodzinom, które już i tak żyły skromnie) Jeśli byłaby to co druga niedziela, to jeszcze jakoś  można byłoby dorobić, ale jeśli jest to system, gdzie raz trafia się tylko jedna niedziela handlowa w miesiącu, a za jakiś czas dwie niedziele, to jest to dla mnie niezrozumiałe. Wiadomo- niedziela jest ważna, czas spędzony z rodziną itp, ale ile jest osób, którym praca w niedziele umożliwiała trochę lepsze warunki życia. Licząc, że ktoś zarabia 10zł na godzinę, to w miesiące gdzie są cztery niedziele, zarobi już 320zł za same niedziele. Te pieniądze można przeznaczyć na np. opłaty za mieszkanie/akademik, rachunki, czesne za studia. Wiadomo- w niedzielę są czynne kawiarnie, ale jednak to i tak nie jest tyle miejsc pracy, a też nie każdy do takiej pracy się nadaje. 


1. Opłaty

Studia zaoczne na uczelniach publicznych są płatne. W mojej okolicy kwoty wahają się od 300 do 800 złotych za miesiąc (za de facto 4 dni spędzone na uczelni). Na uczelniach prywatnych ceny za studia stacjonarne i niestacjonarne niewiele się różnią. Z tego co patrzyłam, to jest to około 100zł.

2. Częstotliwość zajęć + mobilizacja

Ja należę do osób, które muszą mieć usystematyzowaną wiedzę. I o ile zjazdy byłyby co weekend, to co drugi weekend już do mnie nie przemawia. Jednak istnieją uczelnie, które mają zjazdy co tydzień, ale jednak to rzadkość. Na studiach zaocznych w średnio cztery dni w miesiącu trzeba przekazać wiedzę taką jak w około dwadzieścia dni. Pomijając fakt, że jeśli trafi się jakaś impreza rodzinna typu wesele, urodziny lub niestety pogrzeb, to trzeba będzie coś wybrać. 


3. Znajomości + atmosfera

Według mnie łatwiejsze są do zdobycia znajomości, które pielęgnujemy codziennie niż te, z którymi mamy styczność co dwa tygodnie przez dwa dni. 
Nie wiem jak to jest z atmosferą przy studiach zaocznych, ale mi wydaje się, że po całym tygodniu (albo dwóch) pracy, takie zjazdy to odskocznia od życia, a nie na odwrót jak przy studiach dziennych, że to praca jest odskocznią od nauki. Jeśli się mylę, macie inne doświadczenia to śmiało możecie je pisać. 

4. Postrzeganie przez pracodawcę

Niestety, ale dalej studia zaoczne (tak jak uczelnie prywatne) mają opinię studiów, dla osób, które nie dostały się na tryb stacjonarny, co według mnie jest krzywdzące np. dla osób, których nie stać na studiowanie dzienne. Tym samym studia zaoczne, przez ilość zajęć, uważane są za studia, które mają gorsze wyniki w przekazywaniu wiedzy. Jest to stereotypowe postrzeganie, które ja też poniekąd powielam, ale niestety, życie w Polsce, studiowanie i pracowanie tutaj nie jest kolorowe. 


Jeśli macie inną opinię na ten temat, macie jakieś pytania, nie zgadzacie się z moim stanowiskiem, możecie to wszystko zawrzeć w komentarzach. Wiem, że momentami mogę brzmieć jak rozpieszczona księżniczka, która myśli, że na wszystko ją stać i ma szansę dostać się tam gdzie chce, ale taka już moja natura 😳

MAM NADZIEJĘ, ŻE POST WAM SIĘ PODOBAŁ.
ZAPRASZAM NA MOJE SOCIAL MEDIA!
Snapchat: zujubeth
Jeśli mnie zaobserwujesz- powiadom mnie o tym :)